Teozoficzne okólniki Böhmego jako dokumenty religijnego doświadczenia

i duchowego przewodnictwa

Szczególne znaczenie w liczącym w druku okrągłe cztery tysiące stron dorobku literackim Jacoba Böhmego przypada Teozoficznym okólnikom. Chodzi przy tym o korespondencję zgorzeleckiego Mistrza, jaka zachowała się z okresu między 18 stycznia 1619 roku a 13 czerwca 1624 roku — czyli pięć miesięcy przed jego śmiercią. To znaczy, chodzi o istotny dla jego twórczości przeciąg czasu. Za sobą ma lata milczenia wymuszonego przez jego kościelno–ortodoksyjnych przeciwników, jak też dobrowolnej rezygnacji z wszelkiego publikowania własnych utworów. W ciągu kilku miesięcy trzydziestosiedmioletni zgorzelecki mistrz szewski spisał swoje sławne debiutanckie pismo Aurora czyli Jutrzenka o poranku. Fragment zapisanego dzieła bez jego wiedzy rozpowszechniał się rękopiśmiennych kopiach, stając się przedmiotem bezlitosnej krytyki. Lojalny parafianin Kościoła luterańskiego cier-

pliwie znosił brutalne obelgi ze strony zgorzeleckiego nadproboszcza Gregora Richtera. W ciągu pięciu lat Böhme trzymał się narzuconego mu zakazu publikacji, gdy równocześnie trwało jego publiczne znieważanie. W końcu Böhme odpowiada na przynaglanie przyjaciół zachęcających go do zamanifestowania swego “talentu” w następnych pismach. W ten sposób powstało drugie dzieło, na razie rozpowszechniane tylko jako rękopis, pt. Opis trzech zasad (De tribusprincipiis). Było to w 1619 roku, rok po wybuchu Wojny Trzydziestoletniej. Podczas pozostałych mu pięciu lat życia Böhmenapisał jednym ciągiem większość dzieł obok rozlicznych drobnych pism i traktatów. Böhme wyłożył w nich główne zarysy swego uniwersalnego obrazu Boga, świata i człowieka. Równocześnie tworzył się krąg uczniów duchowych i religijnych poszukiwaczy. Przeczuwali, że autor tych pism musiał nie tylko obwieścić treści swego widzenia, lecz że ponadto jako ktoś nawiedzony znalazł się w sytuacji wskazywania im drogi rozwoju wewnętrznego i ścieżki chrześcijańskiej inicjacji oraz wspomagania ich na tej drodze przez doradzanie, inspirowanie i zachęcanie. Dzięki faktowi, że do naszych czasów przetrwały teksty około osiemdziesięciu okólników — wśród nich szczegółowe epistoły i wywody przypominające traktaty filozoficzne — jesteśmy w stanie odmalować sobie obraz takiego kręgu wokół Jacoba Böhmego i jego “szkoły teozoficznej”, jak nazywa ją w jednym miejscu. Nie mówiąc już o tym, że owe świadectwa autobiograficzne in formują nas o niejednym godnym uwagi szczególe jego niepo-

spolitego życia. Patrząc powierzchownie Jacob Böhme jest drobnomieszczańskim rękodzielnikiem, ojcem rodziny i obywatelem Zgorzelca, członkiem cechu i parafianinem Kościoła ewangelicko–luterańskiego. Jako taki ma niewzruszone miejsce w społeczeństwie swojej epoki. Tym samym jednak istnieją dla niego też dokładnie wytyczone i obramowane granice: granice poruszania się, bariery wykształcenia, granice stanowe, w nie mniejszym stopniu dogmat religijny, którego w epoce protestanckiej ortodoksji tak bezkarnie nie wolno było zmieniać. To jedno. Z drugiej strony jednak ten Jacob Böhme właśnie już w latach młodzieńczych przeżył przełom religijny, który wstrząsnął fundamentami jego mieszczańskiej egzystencji. Nie odebrał mianowicie impulsu do rewolucji społecznej czy buntu, ani też tego, co byłoby można nazwać protestem przeciwko kościelnego porządkowi i jego doktrynie. Mimo mocnej, profetycznie nastawionej samoświadomości Böhme nigdy nie rościł sobie pretensji do zniesienia istniejącego ustroju społecznego. A przecież to, co Böhme mógł przetrawić tylko w ten sposób, że swoją historię spisał “na pamiątkę dla samego siebie”, wywołało niepokój współczesnych “wyższych” stanów, zwłaszcza ortodoksyjnego duchowieństwa luterańskiego. Bowiem owa książka Aurora czyli Jutrzenka o poranku stała się dobrem powszechnym. Ktoś, kto wedle stanowiska dyplomowanych teologów do-

słownie musiał tkwić “przy swoim kopycie”, odważył się pójść za odebranym od wewnątrz i z góry “ognistym pędem”. Zdobył się na poważniejsze potraktowanie przemowy swego ducha niż słowa kościelnego kaznodziei. Tym samym wyłożone są nie tylko przyczyny konfliktu rozciągającego się na całe dalsze życie Böhmego. Jest to bowiem spór charyzmatyka i urzędnika, jaki wciąż na nowo pojawia się w dziejach Kościoła, w szczególności zaś w historii chrześcijaństwa ezoterycznego. Tym samym zostało też jednak zainicjowane to, co bez jego współudziału towarzyszyło powiększającemu się gronu przyjaciół, uczniów, poszukiwaczy i czytelników jego książek. To, co najpierw wydawało się być indywidualnym doświadczeniem religijnym zgorzeleckiego Mistrza — teologia nie bez lekceważenie mówi o “prywatnym objawieniu” — wywołuje następne kręgi: pisma Böhmego, które początkowo, to znaczy za jego życia, opuszczają jego warsztat tylko jako manuskrypty, są rozchwytywane w wielu kręgach społecznych: śląska szlachta wiejska, komory celne, lekarze, ludzie, którzy najgłębiej czują się nawiedzeni. Jest to z pewnością znak, że także wielu innych współczesnych łaknęło pierwotnego du-

chowo–religijnego przeżycia i oczekiwało ku temu dalszej zachęty.
Szczegółowe wywody o tym przedmiocie zawiera: Gerhard Wehr,Chrześcijaństwo ezoteryczne. Aspekty, impulsy, konsekwencje. Ernst Klett Verlag, Stuttgart 1975; tegoż: Na śladach prachrześcijańskich

heretyków. Novalis Verlag, Schaffhausen 1983.
Charyzma, spirytualna aura skromnego rzemieślnika, okazała się mocniejsza niż przypuszczali strażnicy granic cechowych i stanowych. Jeszcze raz okazało się, że duch nie jest przywiązany do szkoły czy instytucji albo autorytetu kościelnego. Wręcz przeciwnie: Charyzma musi złapać takiego odludka jak Jacob Böhme po prostu dlatego, ponieważ Kościół i szkoła nie są w stanie uciszyć głodu i pragnienia duchowej bezpośredniości. Duch wieje tam, gdzie sam zechce! Zaufanie, jakie znajduje Böhme, jest ogromne. Wprawdzie trwa kościelna kampania oszczerstw skierowana przeciwko autorowi Aurory i innych pism teozoficznych, ale wzrasta też liczba tych, którzy nawiązują z nim bezpośrednie kontakty. Nauka ta krąży po Śląsku. Nie dzieje się to przypadkiem. Böhme widzi w tym “drogę Boga”, zwłaszcza że może obserwować, “że nie tylko na Śląsku, lecz także i w innych krajach rozpowszechniła się ona bez

wiedzy autora…” (10, 26). Aby sprostać tym rozlicznym wymaganiom, jest wdzięczny ludziom trudniącym się odpisywaniem wciąż nowych dzieł, że starannie sporządzają takie kopie. Pośród “skrybów” należy przede wszystkim wymienić żagańskiego celnika Christiana Bernharda (por. listy 4, 9 i nast.). Aby być blisko swoich uczniów i móc ich odwiedzać z pewną regularnością, rezygnuje ze swego zakładu szewskiego na rzecz miasta i razem z żoną Katarzyną zajmuje się handlem nićmi, co na

tym etapie jego rozwoju jest związane z ciągłymi podróżami po całym kraju. W ten sposób staje się dla niego możliwe komunikowanie się z czytelnikami swoich manuskryptów. Słyszymy o rozmaitych podróżach i rozlicznych wizytach i spotkaniach. Te rozmowy dlatego są takie ważne dla autora Teozoficznych okólników, ponieważ jest zdania, że nie można ufać napisanemu słowu: “Drogi Panie Doktorze, pióro nie budzi zaufania”, czytamy w jednym miejscu (15, 17). Innym razem daje do zrozumienia przyjacielowi, Christianowi Bernhardowi, że pragnie się z nim spotkać “ukradkiem na krótką rozmowę, gdyby to samo było dla was przyjemne. Wtedy bez wątpienia poznacie środek ku temu,

gdybyście chcieli pominąć milczeniem obecność mego imienia i osoby, byłaby to bowiem taka rzecz, że stałbym się Wam znany już przedtem, a oni też zapragnęliby poznać mnie osobiście”. Bez wątpienia, panuje tutaj sekretna dyscyplina, nałożony na samych siebie rygor dochowania tajemnicy. Nie dzieje się tak bynajmniej z powodu misteryjnej tajemniczości albo że, zwłaszcza po publikacji manifestów różokrzyżowców — Alchemiczne zaślubiny chrześcijańskiego różokrzyża pojawiły się w 1616 roku 1

— zwracały na siebie uwagę tajemne stowarzyszenia wszelkiego autoramentu. Dyscyplina wtajemniczenia Böhmego ma inną przyczynę: Od dawna autor tych teozoficznych manuskryptów stał się

chrześcijańskim guru, przewodnikiem duchowym, którego celem jest wprowadzanie na szlak duchowego rozwoju. Nie chodzi bo-wiemo nic innego, jak o zainicjowanie pewnego wewnętrznego procesu przemiany i dojrzewania z ducha Chrystusowego, gdzie — o ile jest to możliwe — oferowany jest intymny dialog między doświadczonym a znajdującym się na początku drogi. Bezpośrednie bycie naprzeciw siebie przemawia swoim własnym językiem. Zna to każdy, kto z własnego doświadczenia orientuje się na przewodzeniu ludźmi i na duchowo–spirytualno–terapeutycznych procesach inicjacyjnych. Jednakże Teozoficzne okólniki Böhmego w rozstrzygających punktach same są dokumentami o ludziach i dla ludzi znajdujących się na wewnętrznej drodze naśladowania Chrystusa, oczekujących naprzeciw Jutrzenki poranku albo procesu “zazielenienia się”. Dlatego właściwa przyczyna i motywacja wielu listów Böhmego sprowadzają się do jednego: “Skoro nie chciałem zaprzestać pisania dla nich, jak też i przypominania im i w takim ognistym poszukiwaniu bardziej dawałem powód i pokazywałem, jak należy szukać perełki i wreszcie jak ją odnaleźć.

Pełny tekst trzech manifestów jest zamieszczony w: Bractwo różokrzyża. Eugen Diederichs Verlag, München 3 1990 (Seria Żółta, tom 53).

Zważywszy że także jestem jednym z poszukujących, więc najbardziej mi na tym zależy, żeby nie zagrzebywać tego, co zostało mi powierzone, lecz przedstawiać tak, aby wola Boża chciała być w nas rozpoznana i wyłoniło się jego państwo w naszym poszukiwaniu i pragnieniu…” (17, 1). Nie ma wątpliwości: Böhme ma do spełnienia wielką mi sję, i w pełni też sobie uświadamia ogrom swojej odpowiedzial-ności. Nie można przy tym nie zauważyć, że ta korespondencja, jego proroczo–literackie dzieło życia jako takie, powstała podczas Wojny Trzydziestoletniej. Nieszczęsne, wzbudzające strach i zwiastujące przerażenie nowe wydarzenia rzucają swoje upiorne cienie na to dzieło. Widziany z tej perspektywy Böhme nie jest już jednym z tych, którzy pełni spokoju medytują w swej odosobnionej od świata pustelni mistyka i w skupieniu nie zmąconym żadną niesprawiedliwością są w stanie wydawać swoje traktaty, pouczenia i okólniki. Znajduje się raczej w środku życia opanowanego w całej rozciągłości przez troski i zmartwienia, nastawiony do nie ustępowania pola temu wszystkiemu, co nadchodzi. Stara się dostrzegać znaki czasu w większych i największych powiązaniach, wiążąc wewnętrzne doświadczenie z zewnętrznymi fenomenami. Jak pokazuje doświadczenie historii, coś takiego zachodzi, lecz wywołuje krótkotrwałe nieporozumienia, chociaż nie u Jacoba Böhmego. Jednak nie o to chodzi. Obok tego zwraca na siebie uwagę trwająca całe życie zależność ekonomiczna, na którą jest narażony zgorzelecki Mistrz przede wszystkim od owej chwili, gdy jako wędrowny handlo-

wiec i jako (nie publikujący) pisarz musi wyżywić siebie i rodzinę. Ten obowiązek musi wziąć na siebie, gdyż pędzi go duch, i ponieważ nie wolno odmówić mu jego braciom — tak nazywa przyjaciół i poszukujących — powierzonego talentu. Od 1619/1620 jest to mianowicie zależność od szlachty, której służy swoim dziełem, i zaopatruje go ona w najbardziej niezbędne do życia rzeczy. Tak że i o tym listy te składają wymowne świadectwo (np. 5, 2; 6, 1;21, 4; 32, 2; 33, 6; 37; 65, 3; 66, 10; 67, 1; 69, 6; 73, 3; 74).

Na podstawie tych i podobnych punktów widzenia staje się jasne, że religijne doświadczenie Böhmego, następnie także i oczekiwane i osiągnięte duchowe przewodnictwo zostały przyjęte i spełnione bynajmniej nie na uboczu przeżywanego życia. Teozo-ficzne okólniki w wieloraki sposób udowadniają raczej, jak ściśle są ze sobą splecione i odnoszą się do siebie wzajemnie zwyczajny dzień życia i ezoteryczne pogłębienie tego życia, historia współczesna i boskie przewodnictwo. Dla dzisiejszego Czytelnika tych tekstów wynikają z nich pewne konsekwencje. Będzie musiał sobie uświadomić to powiązanie, i nie będzie wolno mu szukać żadnej teozofii albo chrześcijańskiej ezoteryki, która oddalałaby go od jego własnego, w pełni indywidualnego losu. Następnie nie wolno mu będzie przejąć żadnego słowa, jak też znaczenia, a już wcale wyobrażeń uwarunkowanych czasem tylko dlatego, ponieważ pochodzą od tak uduchowionego człowieka jak Jacob Böhme. Raczej trzeba przyglądać i

przysłuchiwać się na wskroś każdemu pojedynczemu, niejako przez dłużej niż trzysta lat trwającemu brzmieniu tych słów wskazujących na coś ponadczasowego i duchowego, co się tutaj objawiło. I dość wyraźnie Böhme wypowiada to wobec pierwszych odbiorców swoich listów, skąd się to właściwie bierze, że jego pisma i listy są tylko ziemskimi naczyniami ostatecznie niewyczerpanej treści albo wskazówką na drodze, którą każdy musi przebyć sam: “Bowiem ta księga, która zawiera w sobie całą tajemnicę, jest samym człowiekiem… Leży w nim wielki sekret, lecz jego objawienie należy do Ducha Bożego” (20, 3).

Gerhard Wehr

KONTAKT
jakub@boehme.pl