Język, w jakim piszę i jaki mnie pisze

Rozmowa emailowa z Andrzejem Pańtą, poetą i tłumaczem

 

Zauważyłem, że chyba od 10 lat podpisuje się pan również Painta. A może to nazwisko literackie? Np. Andreas Painta. Czy to nie brzmi bardziej europejsko? A po drugie, sam pan wspominał, że nad Jeziorem Bodeńskim mieszka pana wujek, który nazywa się Painta, że pana prapradziadek przybył na Górny Śląsk z Bawarii.

– Właściwie nigdy nie nazywałem się Andrzej Pańta. Nazwisko “Pańta” jest tworem Ustawy z 15. 11. 1956 r. o zmianie imion i nazwisk, a może gorliwości urzędników (nad)interpretujących tę ustawę i działania prawa wstecz, bo miałem tę nieprzyjemność urodzenia się przed jej wejściem w życie. Jednak użyto ją wobec mnie i tak powstało nazwisko Pańta. Pewnie nosiłbym je do dziś, gdyby nie skradziono mi dowodu osobistego i gdy poprosiłem o nowy, administracja nie mogła mi już wydać go na to nazwisko, skoro metrykę oddałem na nazwisko Painta, które zawsze znajdowało się we wszystkich USC i nigdy go tam nie zmieniono, gdyż rzetelnie stosowały one tę ustawę. Jednak potem znowu wyłonił się mój stary dowód i tak jakiś czas całkiem legalnie miałem dwa nazwiska. Wprawdzie w publikacjach i prywatnie nadal posługuję się przebrzmiałym Pańtą, lecz trudno wyjaśniać wszystkim ciekawskim, że nie nazywam się tak, jak to podaję, co zresztą w języku mówionym brzmi podobnie. Administracji i tak ta dwoistość wciąż sprawia kłopoty i jedne dokumenty wystawia na Pańta, inne zaś na Painta.

Nie mam pretensji do europejskości – bardziej hołduję ideom kontemplacyjnym – ale zapytałem ostatnio w miejscowym Archiwum Państwowym o obywatelstwo mego dziadka i okazało się, iż ten nie przyjął opcji polskiej po 1922 r., gdy Polska przejęła Górny Śląsk. Górnoślązakom dano takie prawo wyboru, i przez całą epokę zachował swoje obywatelstwo niemieckie mieszkając po polskiej stronie, co nie było mile widziane, i spolonizowano go dopiero wedle stosownej ustawy z 1951 r. Mam tedy prawo do imienia Andreas, używam zresztą jego skróconej formy Andi, i jako Andi Painta przełożyłem na niemiecki wiersze A. Wesołowskiej zawarte w jej tomiku pt. Dwuznaczny (2000).

Tak, są opinie, że moja rodzina pochodzi z Bawarii, z miejscowości Painten, lecz stosowne dokumenty zabrał z sobą jeden z wujków zatrudnionych w administracji rządowej w Berlinie jeszcze w latach 30. minionego wieku. Mogę jednak rzec, że jestem mocno zakorzenionym Górnoślązakiem, a najstarsze zapiski o mojej rodzinie sięgają I poł. XVIII w., czyli jeszcze czasów austriackich. Tak, wujek Josef mieszkał blisko Bodensee, umarł niedawno, urzędowo połowicznie, gdyż w macierzystym USC w Siemianowicach Śl. nadal figuruje jako człowiek żywy.

Konstatując mogę rzec, że język, w jakim piszę i jaki mnie pisze, nie jest dla mnie znakiem przynależności narodowej, lecz tylko narzędziem ekspresji artystycznej i aż instrumentem, na którym gram (albo staram się grać) w całej jego diachronii i synchronii.

Co z Pana wierszami? Mam na półce m.in. tomiki: Wyspa na jeziorze (1977), Za płotem (1981), Zwyczajnie (1984), Wieczna naiwność wróżek (1985), Counter-Rewolution (1989). Miały się w ostatnich latach ukazać 3 pana tomiki. Jeden zbiorek zachował się ponoć tylko w kilku egzemplarzach, bo drukarnia – gdy wydawca nie zapłacił za druk – po prostu zniszczyła cały nakład. Ostatni pana zbiorek to miniaturowa książeczka, czyli wiersze z cyklu Pan (1991).

– Ukazywały się, jak choćby zbiór Nic więcej (1994). Zresztą z czasem zbrzydła mi ta forma prezentacji, skoro każdy chętny może wydać sobie setki książek, lecz przeważnie wszystko to ginie w ogólnej nadprodukcji. Poza tym mamy wszak nowy środek w postaci Internetu, którym wprost mogę dotrzeć do konkretnego odbiorcy; i np. każdy zainteresowany mógł się zapoznać na moich stronach [http://free.art.pl/apainta – dop. red.] m.in. z poematami dygresyjnymi Jechać do Gliwic. To nie tak, że nic nie publikuję, publikuję bowiem od czasu do czasu i moje teksty wciąż krążą w różnych obiegach. Poza tym na tradycyjnym rynku wydawniczym panuje chaos i być może ukazały się moje książki, tylko sam o tym nic nie wiem...

Wydał pan m.in. 2 wybory przekładów wierszy H. Bienka, tomik Hölderlina, a także kilku innych autorów. Czyżby tłumaczenia stały się dla pana ważniejsze?

– No nie, tłumaczenia są bardzo czasochłonne i osłabiają nieco moją aktywność poetycką. Jednak od pewnego czasu mam coraz mniej do tego chęci i z wolna zaczynam powracać do moich starych i dręczących mnie tematów.

Ostatnio odkrył pan, nieznaną nawet germanistom, berlińską poetkę; rok temu przysłał mi pan kilka spolszczeń jej wierszy. Niektóre wydały mi się dość drastyczne, czy wręcz obrażające “nasz gust środkowoeuropejski”. Zamierza pan wydać osobny zbiorek?

– Germaniści na ogół są słabo zorientowani, nie tylko w tym, co się tyczy Tatiany Tausendfüßl-er, zapomnianej poetki z Kreuzbergu i ofiary reformy walutowej, jak ją określiłem, jest to moja prowokacyjna odpowiedź nie tylko dla (obecnie już prof.) M. Kisiela, który kiedyś dziwił się moim przekładom poezji R. Ausländer [W kotle czarownic,1995 – dop. red.], że niby nikt tak się nie może nazywać i po prostu wymyśliłem takie nazwisko. Jednak mogła, i tak wpadłem potem na tę Tatianę, której wiersze sam napisałem i w odróżnieniu od zwyczajnych pseudonimów moja innowacja polega na dodaniu przypisu, że przełożyłem te utwory, konkretnie i metaforycznie: Wszystko to, co pisze mi się w Berlinie, podpisuję jako T. Tausendfüßler, potem zaś przenoszę te utwory ze stołu w Berlinie na biurko w Dąbrówce Wielkiej [k. Bytomia – dop. red.] i bez wątpienia zachodzi fakt “przekładu”. Porzekadło, że wszystko co niemieckie ceni się wyżej niż rzeczy krajowe, sprawdziło się i tu: wiersze te szybko opublikowano. Gdybym zaś dał im jakieś swojskie nazwisko, np. Berta Stonoga, to przypisywane jej utwory prawdopodobnie nie wywierałyby takiego wrażenia jak w tym kształcie. Jak zbierze mi się ich więcej, to pomyślę o ew. zbiorku, atoli już mi się one tak nie podobają jak po ich napisaniu. Gusta środkowoeuropejskie są bardzo elastyczne, skoro określa i motywuje je tyle wzajemnie sprzecznych opcji jak freudyzm, fizys kwantowa i orgazm kosmiczny W. Reicha. Z dorobku Tatiany zacytuję choćby taki:

Któż zdoła przeniknąć obojętność trzewi?

Wieczny ogień pamięci

Czy wstydliwość (bezruch)

Naszych krewnych?!!

Podobno zamierza Pan odwrócić ścieżkę życiową Jakuba Böhmego. Jak wiadomo, on najpierw był szewcem w Görlitz, potem został reformatorem religijnym, myślicielem, a właściwie poetą. A pan, poeta i tłumacz m.in. fragmentów Aurory Böhmego, chce teraz robić buty? Dla kogo? Ma pan już jakiegoś upatrzonego mistrza szewskiego, które zechciałby pana przyjąć do terminu? Zamieszka pan w Zgorzelcu czy w Görlitz?

– Wie pan przecież, że jestem ogrodnikiem, uczyłem się tego rzemiosła, wcale więc nie muszę naśladować Böhmego i terminować, a dowcip polega na zrobieniu czegoś własnymi rękami bardzo prostymi środkami. Böhme nie jest dla mnie wyjątkiem, wielu innych znaczących twórców wyszło od rzemiosła: Platon, św. Paweł, Spinoza, Worcell nawet, by wymienić najbardziej znanych. Böhme wszak jest dla mnie jednym z prekursorów wolnego rynku i swobodnego kształtowania własnego stylu życia bez patrzenia na autorytety i dogmaty, i pod tym względem inspiruje mnie. Mam taką ideę, aby zamieszkać w Zgorzelcu/Görlitz, i może jeszcze mi się to uda. Jednak bardziej, choćby jako domniemaną autorkę, porusza mnie Berlin i ideałem byłoby dla mnie nie mieszkać w jakimś stałym miejscu, lecz krążyć wciąż w wozie mieszkalnym po tzw. berlińskim Ringu.

KONTAKT
jakub@boehme.pl