ADAM MICKIEWICZ

DZIEŁA TOM XIII

Jakob Böhme

Tłumaczenie z języka francuskiego św brat AlbertChmielowski

I

Łono tego, co nazywamy Bogiem, obejmuje Wszechświat objawów nadprzyrodzonych, przyrodzonych i przeciwnych naturze. Nie podobna, a zatem nie jest dopuszczalne wiedzieć, czym jest Bóg poza obrębem natury; ale natura Boga nie jest tym, co zazwyczaj zowiemy Naturą: natura Boga nie jest widzialnym; mówimy o niewidzialnym, o nieuchwytnym i wreszcie o tym wszystkim, co jest powyżej ludzkich uczuć i zmysłów i poza nimi. Bóg, jako Kosmos, obejmuje ciemności i światło, cierpienia i szczęście, głębie i wysokości; otóż ponieważ przejawił się On całkowicie w człowieku i ponieważ człowiek wchodzi w łączność ze wszystkimi elementami działalności bożej, człowiek może zatem, badając sam siebie aż do dna, przeniknąć w otchłanie cierpień zwane piekłem, wznieść się na wysokości zwane niebiosami i wrócić w ośrodek, w najwewnętrzniejsze centrum swojej istności, które zwie się prawdziwie Bogiem.

Duch istniejący sam, bez czegokolwiek, co by istniało poza nim lub co by było czymś innym niż on, jest duchem poza granicą stworzenia. Duch się koncentruje: ta koncentracja w samym sobie sprawia mu ucisk, więzi go, cięży na nim i budzi w nim pragnienie wydobycia się spod tego ciążenia, z tego kręgu, który ściąga ku sobie samemu i który staje się mrokiem; duch koncentrując się ściemnia się, poczyna cierpieć, jątrzyć się; w łonie tej inkubacji ducha, który zapładnia się sam, powstaje dążność do wyjścia ze stanu ucisku, pewien ruch, który Böhme zowie rotacją, póki bodziec wewnętrzny ducha, mający dążność na zewnątrz i ściągający się ku sobie samemu, nie wybuchnie promieniami płomienia i światła. Płomień ten jest przejawem zewnętrznym ducha; płomień ten to koniec, cel, najdalszy kraniec natury (nie zapominajmy, że mowa tu o duchu przed stworzeniem fizycznym i ujawnionym); z tego to płomienia i z tego promienia rodzi się światło, słodycz, upojenie, na koniec rodzi się to, co zwiemy w rzeczy samej Bogiem.

Jest zatem w Bogu najpierw mrok nieskończony i starcie bezładne nieprzebranej masy żywiołów, które koncentrując się i prąc na siebie wytwarzają płomień, kres ostateczny tego, co zowią naturą Boga; na koniec światło, będące prawdziwym Bogiem. Böhme porównywa zawsze ten zespół boski do jakiego bądź światła ziemskiego, gdzie widać głąb ciemną, materię palną, która dobywa się z równie ciemnej głębi natury, staje się następnie płomieniem, czyli żarem, to znaczy płomieniem naturalnym, i otacza się aureolą światła. W każdym więc świetle jest głąb mroczna, oziębła, rwąca się ku światłu, spragniona i wskutek tego nieszczęśliwa; potem płomień, przejaw tego porywu, tego palącego pragnienia; i w końcu światło, wnoszące wszędzie poczucie radości i szczęśliwości, a jednak żywiące się mrokami i starciem się żywiołów, które swe pojednanie znajdują dopiero w świetle. Istniała w Bogu od wiek wieków i istnieje, i istnieć będzie zawsze głąb mroczna, to, co nazywają chaosem, nocą czasów, gniewem Bożym, skąd dobywa się, jak z ciemnych źródeł ziemi, jasna krynica życia, ducha; istnieje również w Bogu i istniało zawsze to ścieranie się żywiołów, dążących z ciemności ku światłu; istnieje również i istnieć będzie zawsze przejawianie się prawdziwe, życie wewnętrzne tych wszystkich żywiołów jako światło, jako szczęśliwość, w końcu to, co nazywamy niebem. - Jednakże w Bogu wszystko to istnieje jako doskonała harmonia; nie masz w Bogu wcale uczucia mroku lub cierpienia, tak jak człowiek zdrowy nie doznaje żadnego uczucia goryczy, tego soku żółciowego, jaki w nim się znajduje, ani cierpkości tejże żółci, ani wreszcie żadnych z tych czynności niższych i fizycznych, które przecież stanowią jego życie, żywią go wewnętrznie, a mroczna ich praca rodzi te promienie, to miłe ciepło, które ożywia jego serce i wybłyska w spojrzeniu. Nie było w Bogu zatem żadnego cierpienia, aczkolwiek istniał mroczny ośrodek, pełen cierpienia i cierpiący bez przerwy, ale który nie miał wcale niejako świadomości swych cierpień i włączał się w harmonię powszechną boskiej szczęśliwości. A więc Bóg, dobywając płomień życia z tych nieskończonych i ciemnych głębin sił przyrodzonych, dobywając z piekieł naturę widzialną, żeby tak powiedzieć, z tej żółci powszechnej i nieskończonej i z tej tajemniczej śledziony, i ze zderzenia soków wewnętrznych płomień organizujący i światło świadome swego istnienia - Bóg ten istniał w osobowości niepojętej, podobnej do osobowości ludzkiej; istnienie to polegało na stwarzaniu, działaniu i używaniu, o czym osobowość ludzka normalna daje nam niejakie pojęcie: oto według Böhmego dzieje stanu Boga przed stworzeniem świata, a nawet przed upadkiem Lucyfera.

W tym stanie boskim w każdej chwili, w każdej nieskończonej cząstce chwili dobywał się z mrocznej nieskończoności bezlik dążeń, którym duch centralny nadawał rzeczywistość; z tego chaotycznego Wezuwiusza dobywał się bezmiar źródeł gazowych, które się zapadały i stawały się promieniami; dobywały się z bezmiaru jakości osobliwe, które stawały się istotami, osobowościami; a w końcu dobył się z tego Wszechświata twór anielski, nieustanny i niezliczony, który w rzeczy samej nosi nazwę Boga. Bo jak nie nazywamy C z ł o w i e k i e m wnętrzności człowieka, ani jego żółci czy śledziony, mimo że stanowią one część człowieka, podobnie i cierpienie, i pragnienie, i gniew, istniejące we Wszechświecie, nie stanowią Boga i nie nazywają się B o g i e m: człowiek to ekstrakt, płomień, światło, dobywające się ze swego dna mrocznego i ze swej materialnej zewnętrzności; Bóg to ta istota, co stanowi ognisko, ku któremu zdążają wszystkie siły mroczne Wszechświata. Ten przebieg, o którym mówi Böhme, nie odbywa się w kolejności: jest on natychmiastowy a ciągły; jakości i siły wynurzające się z mrocznej natury stają się ciągłe i w każdej chwili iskrami i promieniami; wszystko to jednak odbywa się w promieniach koła, jeśli tak można powiedzieć, na zewnątrz natury materialnej i widzialnej.

Böhme w intuicjach swoich przyjmuje, że gdy jedna z tych iskier, wychodząc z wiecznych ciemności, wzniosła się wskutek łatwej i przyrodzonej dążności do stanu płomienia, to płomień ten stworzył już jestestwo mocne, jestestwo anielskie lub archanielskie (bo wszystko, co Böhme zowie siłą, płomieniem, światłem, tronem, tronem itp., są to jestestwa odrębne, boskie, są to obywatele królestwa). Otóż jedno z tych jestestw, stanowiące część nierozdzielną Bóstwa, mające tym samym wolną wolę, osiągnąwszy stan płomienia, a tym samym apogeum swej mocy, nie chciało wznieść się do łagodnego światła; jestestwo takie po raz pierwszy uczyniło akt woli przeciwny całemu stworzeniu: chciało wywyższyć swoje mroczne centrum i stać się samo centrum stworzenia. To właśnie nazywa Böhme upadkiem archanioła i zaczątkiem stworzenia materialnego i widzialnego. Podług niego bowiem wszystkie duchy, wszystkie te iskry i wszystkie te promienie wychodząc z ciemności, z tego, co starożytni poganie, jak Hezjod, nazywali nasionami stworzenia, wchodziły w ogólną harmonię, zlewały się ze światłem odwiecznym; a był duch, i to jeden z najpotężniejszych, który czując swą moc chciał jedynie tej mocy używać, stać się mocą najpełniejszą, stać się upałem, żarem, bez zadawania sobie trudu, by wznieść się ku światłu; ten to duch, pierwszy, który miał świadomość siły, jak Prometeusz Ajschylosa, bez podporządkowania tej siły potrzebom Wszechświata, stał się w taki sposób szatanem, wrogiem Wszechświata. Aby się ustanowić jako indywidualność, miotał na wszystkie strony promienie posępne i rozpalił wszystkie moce mrocznej natury. Aby wytłumaczyć te idee, nie niezrozumiałe, ale wysokie, można by owego szatana niewidzialnego i niematerialnego, buntującego się przeciw wszelkiemu stworzeniu, porównać do człowieka, który by łamał prawo ustanowione i zgodne z prawdą, odwołując się dla zatriumfowania nad nim do swych sił niższych, to znaczy do swej żółci i do swej krwi.

Od tej chwili - mówi Böhme - harmonia natury boskiej uległa rozbiciu; siły, które wyszły z centrum tego ducha szatańskiego, rozburzyły to, co Böhme nazwał poprzednio naturą boską, to znaczy ów ciemny Kosmos sił, nasion stworzenia. Szatan je powołał do bytu przed czasem naznaczonym przez mądrość odwieczną; w ten sposób powołał on do działania duchy niepełne i cierpiące, przyspieszył prawdziwy poród, wywołał niejako poronienie natury boskiej. Każda z tych sił, z tych duchowości powołanej do działania, każdy z tych aniołów wreszcie, by się ustanowić indywidualnie, koncentrował się poza obrębem działania powszechnego, poza obrębem boskiego ciepła i światła. Tym sposobem istności, wywołane nagle z mroków przedwiecznych, stając się indywidualnościami odrębnymi a bez związku z jednością, wchodziły w ruch rotacji indywidualnej i oddzieliły się jedne od drugich, przybierając kształty odrębne i tworząc tym sposobem to, co nazywamy światem widzialnym. Świat ten jest więc według Böhmego wynikiem działalności nienormalnej, buntu; mając również nieustanną dążność do powrotu ku jedności, świat ten ma istnienie przemijające, podtrzymywane jedynie ciągłymi wysiłkami ducha przeciwnego Wszechświatowi, to znaczy szatana. To, co w łonie Wszechświata było dążnością do koncentracji i co pod promieniami jedności boskiej stawało się trwałością i wydawało aniołów tronu, to po przewrotach powszechnych stało się skałami i kamieniami; ruch, który z centrum mrocznej natury parł do działania i miał wydać aniołów cherubinów, ruch ten wytworzył w zepsutej naturze trucizny i wpływy zabójcze, działania skażone; siły natury, wybuchając ruchem tonu, dźwięku, harmonii, stały się błyskawicami i grzmotami; i tak następnie wszystkie wpływy natury boskiej, twórczyni istności rajskich, były odtąd skazane na ożywianie istot, które nazywamy złośliwymi, morderczymi, a wreszcie diabłem, synem szatana.

Bóg jako światło nie cierpiał na tym zgoła; duch, który nie chciał wznieść się ku niemu i uporczywie pragnął opanować światło przez ogień i ciepło, to znaczy opanować miłość przez siłę, duch ten wsteczny wrócił w otchłanie tych ciemności, tych nasion stworzenia, gdzie działa nadal, nie naruszając świetlanej natury Boga; wrócił w piec wytwarzający płomień i światło powszechne, z tą różnicą od sił pierwotnych, że siły te, chociaż dobywały się z ciemności i bolesnych ucisków, nie odczuwały ich jednak, zmierzając prawidłowo ku światłu, gdy tymczasem duch wsteczny szatana, zapadłszy z powrotem w stan pierwotny z własnej woli, cierpi widząc się w położeniu, z którego mógł był i powinien był wydobyć się.

Tak więc według światopoglądu Böhmego natura widzialna, dotykalna, to znaczy spostrzegalna zmysłami, istnieje jedynie wskutek anormalnego faktu buntu duchów, a raczej jednego z tych duchów. Dziedzina, gdzie dokonał się ten bunt, którego następstwa opowiemy później, obejmuje nasz system planetarny, który wskutek tego podlega odmiennym prawom niż wszystkie inne systemy Kosmosu.

1 listopada 1853

II

Genesis

Zstąpiliśmy już do chwili, kiedy przestrzeń i czas biorą swój początek, jak i walka, której widownią stanie się materia; dochodzimy do czasów genesis, o której Mojżesz wypowiedział prawdy niezupełne. Trzeba nam będzie jeszcze zawrócić do zasadniczych wydarzeń dzieła stworzenia; trzeba nam będzie jeszcze wyjaśnić ruchy, które oddzieliły ostatecznie świat szatański, świat buntu, od boskiego Wszechświata.

W chwili owej, którą Böhme zowie pierwszą i największą z burz, jakie wstrząsnęły stworzeniem, gdy szatan powołał do bytu zarodki niepełne, duch ośrodkowy Boga oddziałał przeciw niemu. Przez ogień to i żar wzbudzał szatan i wyprowadzał z głębi natury boskiej istoty, w które wlewał szatańskiego ducha; zanosiło się na to, że wpływ jego stanie się powszechnym; ale Bóg wypuścił ze swego ośrodka błyskawicę mocy, błyskawicę gniewu potężniejszą od szatańskiej: Bóg Ojciec, jako Ojciec wszystkiego, co jest, a przeto i Ojciec gniewu, rzucił błyskawicę gniewu w głębiny natury, poza okrąg, gdzie szatan mógł działać. Rozpłomienił on żar wyższy siłą od tego, jaki był rozniecił szatan; gniew Boży powołał do istnienia zarodki nie dotknięte jeszcze wpływem szatana. W tym momencie walki moce boskie przeciwdziałające wysiłkom szatana nazwane zostały archaniołami i serafinami, Michałem i Gabrielem. Pod wpływem tych sił wynurzał się świat nowy: zarodki pozostające poza obrębem wpływu szatańskiego poczynały żyć, czuć siebie i wznosić się, jednakże były one już pozbawione mocy, by stać się jestestwami odrębnymi, pozbawione tego stopnia mocy pełnej, jaka stanowi jestestwo boskie. To owe stworzenie nazwał Böhme wielkim światem, a jego ośrodek duchem wielkiego świata, to znaczy świata materialnego, “Spiritus mundi maioris”. Mówimy jego ośrodek, bowiem Bóg ustanowił wówczas ośrodek nowy: jest to ośrodek natury widzialnej świata obecnego. Bóg Ojciec powołał zarodki nowego stworzenia do bytu prawidłowego, który miał swój ośrodek kierowniczy. Gdyż przed wielkim buntem i przed wielką burzą Bóg stwarzał jedynie duchy, a duchy te miały swój ośrodek w mocy twórczej Ojca i w świetle (Syna). Istniały zatem dwa ośrodki: jeden, przez który natura boska, to znaczy bezmiar, chaos, niepojętość, nieuchwytność, dochodziła do bytu, i ośrodek drugi, ku któremu cały ten chaos, cały wynik zderzenia się duchów chaotycznych dochodził do bytu wyższego, do światła; ten drugi ośrodek świetlny, miłujący i wszechmocny, nazywał się właściwie Bogiem.

Teraz po burzy i buncie Bóg Ojciec wywołuje wybuch trzeciego ośrodka, w którym działają obie natury boskie, to jest i gniewu, i światła; ośrodkiem tego trzeciego bytu, tych odblasków dwóch bytów wyższych jest to, co nazywamy słońcem. Bóg, wywoławszy nowe byty poza obrębem wpływu szatana, znacznie niższe od tych, jakie pojawiły się w czasach boskiego stwarzania, dał im ośrodek wpływu i działania, stworzył im słońce. Od chwili kiedy te nowe stworzenia dotarły do poczucia istnienia, nastąpiło to, co Genesis nazywa oddzieleniem światła od ciemności. W harmonii Wszechistoty ciemności podtrzymywały światło, wytwarzały grunt światła, zimno wytwarzało grunt ciepła, gorycz stanowiła element słodyczy; ale po nadużyciach ducha złego potrzeba było - aby mu odjąć siłę twórczą, a tym samym powszechną - oddzielić dwa te ośrodki. Tak więc wszystkie te duchy, które doszły do istnienia po buncie szatana, były już rozdwojone, niezdolne do wydawania stworzeń jednolitych. Duch, np. duch ognia, czuł się od razu zatrzymany w swym bezładnym działaniu przez własną połowę, od niego oddzieloną, to jest przez ducha wody; duch ruchu, goryczy, czyli jak Böhme się wyraża, duch kwasoty albo Merkurego, znajdował dla siebie przeciwwagę w duchu ciężkości itp. Koniec końców duchy, powołane do życia po wielkim buncie, nie miały już zupełności, jedności, a wskutek tego potęgi podobnej do potęgi Boga jedności.

To wywołanie istnień całkowicie nowych, które miały swój własny ośrodek, powstrzymało rozprzestrzenianie się ducha szatańskiego. Ta istota bezmierna, którą nazywamy naturą (materialną), na której łonie żyjemy, była więc stworzona przed stworzeniem człowieka, aby powstrzymać postęp zła. To, co w naturze boskiej stanowiło działanie, opór, ruch, stało się, jak już mówiliśmy powyżej, błyskawicą, podwaliną stworzenia niższego, materialnego, a zatem niedostępnego oddziaływaniu duchowemu ducha szatańskiego. Aby wyłożyć prostymi słowami te wielkie koncepcje ducha mistycznego, przedstawmy sobie np. bunt jakiegoś wielkiego wodza (a Böhme nazywa zawsze szatana wielkim księciem) przeciwko władzy naczelnej, i tę władzę naczelną odwołującą się, dla stawienia mu oporu, do istot niższych, do pospólstwa duchów, i dającą temu pospólstwu wodza, ośrodek działania, który nie zależy już od swych urzędników strąconych, lecz od siły naczelnej. W taki sposób szatan jest zamknięty między siłą naczelną, której się wyparł, a siłą nową, która bierze swe natchnienie nie od niego, lecz od władzy naczelnej.

Stworzenie świata widzialnego

Nowe zarodki powołane do istnienia znalazły swój ośrodek materialny w słońcu. Siły boskie przejawiły się w tym stworzeniu niższym jako jedność w słońcu, jako koncentracja w Saturnie, jako siła ruchu w Merkurym itd. Te istności oddalone od jedności wskutek buntu ducha, który powinien by był im służyć za łącznik z jednością, dążyły jednak, i to nieodzownie, do przyswojenia sobie siły koncentracji, pragnęły złączenia się z siłą rozprzestrzeniania się. Rozprzestrzenianie się duchowe wystąpiło w sferze materialnej jako ogień, koncentracja jako ciążenie, ruch jako błyskawica i kwas, słodycz jako woda itd. Z tego rozdziału przyszło pragnienie zjednoczenia się na nowo, aby utworzyć jedność; i tu leży początek dwóch płci, bo dążności obu płci są niczym innym, jak pragnieniem powrotu do jedności.

A więc niebo i ziemia, to znaczy światło i ciemności wytworzone już jawnie i materialnie, rozpoczęły przejawy świata zewnętrznego. Później nastały przejawy życia wyosobnionego jako rośliny, ryby i zwierzęta, wszystko twory zależne od trzeciego pierwiastka, w którym odbijały się gniew Boga Ojca, i światło, to znaczy Prawdziwy Bóg. Te stwory osaczające szatana ze wszech stron tworzyły niejako mury jego więzienia.

Wówczas Bóg ożywił obraz człowieka. Obraz ten istniał od prawieczności wobec Boga jako idea; wszystkie bowiem twory kolejno następujące aż po koniec czasów istnieją wobec Boga jako idee. (Tu Böhme pozostaje w najzupełniejszej zgodzie z Platonem, to znaczy z Sokratesem). Jednakowoż te obrazy wobec Boga nie mają wcale istnienia realnego: są to jakby odbicia twarzy postrzeganej w zwierciadle; widzimy tam wszystkie nasze rysy oddane dokładnie, które jednakże nie mają żadnego istnienia prawdziwego. Bóg, to znaczy Kosmos wszystkich istnień, wszystkich kształtów, widział od początku i widzi, i widzieć będzie zawsze odbicia wszystkich swoich możliwych istnień, ale te odbicia, te obrazy wchodzą w życie dopiero wskutek ruchu tego, który odbija się w nich, tej siły ośrodkowej Boga.

Przyszedł zatem czas, aby idea człowieka, powzięta od prawieczności, weszła w istność rzeczywistą. Istność taka, rozpoczynając życie, skupiała w sobie wszystkie boskie siły; stawała się Synem Bożym, stawała się niejako Bogiem dla stworów niższych. Wówczas poruszenie ośrodkowej mocy boskiej stworzyło człowieka: stał się on powiernikiem wszystkich mocy boskich, jest on przedstawicielem Boga, został Bogiem samym, najwyższym panem stworzenia, potężniejszym, niż był sam szatan; gdyż moc swoją czerpał z ducha Ojca, miał w sobie światło Boże, znane jako Światło, jako Syn, a równocześnie był on najwyższym panem trzeciego nowego stworzenia, stworzenia materialnego; ciało jego wzięte było z tego, co Böhme zowie elementem jedynym, elementem pierwiastkowym, elementem czystym. Element ten nie był jeszcze skażony przez wpływ szatana; ale ciało człowieka pierwotnego utworzone z tego elementu nie było wcale materialne. Pierwszy człowiek był według Böhmego całkowicie anielski jako uczucie i umysł, a silniejszy od aniołów potęgą, z jaką oddziaływał na świat niższy.

Człowiek pierwotny według Böhmego

Człowiek pierwotny według Böhmego, cały duchowy i obdarzony ciałem niematerialnym i niewidzialnym, miał tylko organa sposobne do życia duchowego; czerpał swe siły z natury pierwotnej, ze źródła potęgi; miał tym sposobem łączność z ośrodkiem gniewu Bożego, był równie potężny jak szatan, a nawet potężniejszy. Co do swego życia boskiego, ssał je ze źródła światła i łaski Bożej; miał tylko te organa, które łączyły go z życiem wyższym, nie potrzebował niczego, co się ściągało do potrzeb materialnych i fizycznych. Wskutek czego pojawił się on w idei jedynie jako istota, wielce podobna do utworów malarzy chrześcijańskich, przedstawiających istoty niebiańskie.

To nowe jestestwo, ten Syn Boży, jego namiestnik w stworzeniu, posiadał - jak Böhme przypuszcza, lubo nie twierdzi zbyt wyraźnie - władzę tworzenia własnej ciągłości, wydawania ze swego ośrodka kolejno stworzeń nowych: ta istota to była A n d r o g y n e starożytnych podań zachowanych przez Platona. Jednakowoż twórcza siła człowieka zależała od trwałego jego zjednoczenia z ośrodkiem jedności, z Bogiem. Człowiek musiał czynić wysiłki, aby utrzymać się w tym ośrodku jedności, żeby nie wyjść z niego i nie popaść w zło.

Tutaj trzeba nam poruszyć zagadnienie bardzo trudne, którego stanowcze wyjaśnienie wydaje nam się na razie zgoła niemożliwe: winniśmy jednakże mówić o nim, gdyż wszyscy ludzie, którzy rozmyślali nad sprawami boskimi, rozważali to zagadnienie, starali się je rozwiązać. Jest to zagadnienie przyczyny zła. W jaki sposób duchy wyszedłszy wszystkie z tego samego łona, z tegoż samego Boga, mogły się rozdzielić w swojej dążności i w swym ruchu? Skąd wzięły siłę oddzielenia się od Boga? Wyszedłszy z tego samego i jedynego źródła, skąd mogły dobyć element ruchu, który je odrzucał poza obręb owego źródła? Jak mógł Bóg dopuścić do zejścia na bezdroża istot stworzonych przezeń, rzuconych przezeń w istnienie i prowadzonych przezeń ku jakiemuś celowi, czyli ku celowi, który winien był koniecznie znać? Zagadnienie najważniejsze fatalizmu i wolności, opatrzności i wolnej woli. Obaczmy, jak Böhme wyjaśnia to zagadnienie.

Musimy tutaj przenieść się do owych pierwszych godzin stworzenia albo raczej stanu Boga przed stworzeniem. Bóg wonczas jako idealność odbijał się w nieskończoności idei, zarodów i stworzeń. Każdy promień wyszły z tego ośrodka, każdy spływ przywoływał te idee do życia. Otóż każda z tych idei, wychodząc z otchłani pierwotnego chaosu, ożywiona promieniem jedności, miała nieodzownie dwie dążności; pierwszą z nich było iść za promieniem, który ideę przywołał do życia, zjednoczyć się z tym promieniem, podnosić się tym sposobem, zdążać nieustannie do ośrodka stworzenia, stopić się z Bogiem; dążność druga przeniosła ideę z powrotem ku chaosowi, z którego co dopiero wyszła, do swych istnień minionych, do tych mocy niewymiernych, których część stanowiła, a które poczytywała za przyczynę swego wzniesienia się aż do ośrodka. Duch, co wyszedł w ten sposób z ciemności, czując się silnym i stawszy się świetlistym, odwołuje się ciągle do siły i mniema, że światło mu się należy. W każdym przeto duchu, powołanym do istnienia rzeczywistego, są nieodzownie dwie dążności, z których jedna ponosi go ku przeszłości, skąd wyszedł, a druga ku przyszłości. Na tej to granicy - mówi Böhme - zaczyna się wola albo jak mówi, nowe narodzenie, akt niezależny ducha, który dochodzi do świadomości samego siebie. Kiedy rozważa swą przeszłość, czuje swą wszechmoc: bo w chwili kiedy dobywa się z chaosu, jest niewątpliwie najdojrzalszym i najpotężniejszym duchem tegoż chaosu; jest panem i władcą chaosu; natura mroczna przyjmuje go i uznaje za zwierzchnika. Doszedłszy do granicy światła, czuje się on unicestwiony i wyzuty ze wszystkich sił, jakimi rozporządzał tam w dole, zmuszony zatem jest uznać, że najmniejszy z duchów światła, których spotyka na granicy nowego istnienia, i które wydają mu się niczym jako siły, jest odeń nieskończenie wyższy. Kamień rzucony w powietrze spada z dumą i całą pewnością praw nabytych ku środkowi ziemi; natomiast wszystko to, co się wznosi ponad powierzchnię ziemi, roślina czy ptak, pracuje długo, czyniąc niepewne wysiłki, by się wznieść ku sferze wyższej.

Indywidualność ludzka, skoro już uformowała się jako istność aż do tego czasu nieznana w stworzeniu, przez siłę swoją stykając się z gniewem Bożym, z piekłem, wznosząc się do światła, czyli do miłości bożej, a równocześnie pani tego nowego pierwiastka, jaki właśnie wynurzył się z chaosu, pierwiastka natury zewnętrznej, uczestnicząc z duchami, a równocześnie władając słońcem i planetami, indywidualność ta stała się przedmiotem pokuszeń, to znaczy wysiłków szatana i tworów niższych, to znaczy natury widzialnej i stworzonej. Te twory niższe, ten świat elementarny i duchy elementarne, przewodzące temu światu, który po upadku szatana nie miały bezpośrednich stosunków z jednością boską i które mogły mieć te stosunki jedynie przez człowieka, wysilały się, aby zbliżyć się do niego. Złączyć się z nim, za jego pośrednictwem wejść ile tylko możliwe w Boga; wszędzie bowiem - mówi Böhme - gdzie przebywa duch Boży, wszystkie duchy gromadzą się, aby posiąść cząstkę tego ducha; (a nasz mistyk, Anioł Ślązak, powiada podobnie, że na każde miejsce, gdzie duch Boży spoczął, rzucają się wszystkie duchy, aby się tam rozgrzać). Była więc wokół pierwszego człowieka dążność powszechna duchów elementarnych do jednoczenia się z nim: duchy te okazywały mu zupełną podległość: uważały go za swego władcę, za swego boga. Czyż tobie potrzeba - mówiły mu one głosem inspiracji instynktowych - czyż potrzeba tobie czynić wysiłki, aby się wznieść do jedności, która się nigdzie nie objawia w czynach i w tworzeniach? Oto jesteśmy tutaj, my, oczywistości, kształty, rzeczy, domagające się jedynie podlegać tobie, służyć tobie, widzisz nas, dotykasz nas, możesz nami kierować spojrzeniem, skinieniem. Czyś widział kiedy istotę wyższą od siebie, boga, który by miał spojrzenie, skinienie, który by rozkazywał żywiołom? Wierzaj nam, ty jesteś prawdziwym Bogiem dla nas, ty jesteś prawdziwym panem stworzenia; zjednocz się z nami, stańmy się ty samym ciałem, tą samą naturą, skojarzmy się.

Żeby wejść w takie skojarzenie, człowiek musiał zjednoczyć się z tymi duchami niższymi, z tą hierarchią trzeciego pierwiastka. Jednoczymy się z duchem, otwierając swą duszę jego natchnieniom; ale dla zjednoczenia się z duchami niższymi trzeba było otworzyć im swoją organizację fizyczną, swe wnętrzności; trzeba je było ugryźć, trzeba je było spożyć. Człowiek pierwotny nie miał organizacji zdolnej dopełnić takiego aktu; ale powziął bardzo żywe pragnienie, by to uczynić. Aby pragnienie to wyjaśnić w sposób pospolity, moglibyśmy wyobrazić sobie młodzieńca, który chciałby zebrać u siebie towarzystwo ludzi nikczemnych i zbrodniczych, ale nie miałby na to sposobu. Przez to właśnie pragnienie, przeciwne woli Idei Bożej, człowiek pierwotny utracił swa nieustanną łączność z Bogiem; wówczas to zapadł w sen, to znaczy pod wpływ sił niższych, czyli jak mówi Księga Rodzaju, Bóg zesłał sen na Adama i z tego snu Adam miał się już obudzić jako osobnik należący na poły do natury widzialnej, do duchów niższych, jako skojarzony z nimi, ale jeszcze nie jako ich niewolnik; ze snu tego ocknął się już w osłonie ciała ziemskiego i podległy na poły naturze fizycznej, trzeciemu pierwiastkowi: z najwyższego pana duchów natury widzialnej stał się jej czynnikiem działającym.

11 listopada 1853

III

Stan stworzenia po upadku człowieka i konieczność nowej siły odkupiającej

Człowiek pierwotny, czyli idealny, stawszy się działającym czynnikiem ducha, całej hierarchii duchów niższych, byłby z konieczności wydał rzeczy potworne, gdyby działał sam przez się, posiadając siłę twórczą i oddawszy się na usługi duchów chaotycznych i niepełnych. Bóg powstrzymał człowieka na tej drodze: rozdzielił siłę jego ośrodkową, rozpołowił człowieka. Jego instynkty niższe i jego własny ideał dobyty z samego siebie doszły do istnienia w idei kobiety: pożądanie człowieka zrodziło istotę nową, od człowieka oddzieloną, która zjawiła się jako kobieta. Po śnie Adama, po jego wewnętrznym zjednoczeniu z pierwiastkiem trzecim, ze światem widzialnym, przyszło przebudzenie, kiedy Adam ujrzał się zdwojonym: w nowej osobowości, w kobiecie rozeznał połowę samego siebie; z tą tylko połową mógł on mieć dalej istnienie rzeczywiste i twórcze. Kobieta dobywała swoją materię, swoje ucieleśnienie się, nie z żywiołu czystego, lecz z żywiołu już dotkniętego wpływem pierwiastka trzeciego; żywioł ten pozostawał pod panowaniem słońca i systemu planetarnego; ale kobieta tak utworzona, zatrzymując ruch samorzutny woli człowieka, zawracała go do jedności, dając mu odczuć na nowo konieczność władania w sposób pracowity światem elementarnym, który w kobiecie zyskiwał najwyższy swój obraz. Człowiek nie mógł stwarzać istot satanicznych i popadł z powrotem w konieczność stwarzania jedynie osobników związanych jednocześnie ze światem duchowym i ze światem materialnym. Ośrodek świata materialnego, świata planetarnego, powstrzymywał w taki sposób to, co mogłoby być nieprawego w sile twórczej, ale nie skażonej człowieka.

Jakże teraz ludzkość, ideał człowieka, mogła się dźwignąć z powrotem, odbudować? Gdyby on utrzymywał się w stanie, w jakim się znajdował po stworzeniu kobiety, byłby wydał pokolenie pośrednie między aniołami a zwierzętami, pokolenie czyste i pracowite według natury, które jednak nie było już zgodne z ideą c z ł o w i e k a, taką, jaka istniała w duchu Boga. Pokolenie to wszelako mogłoby było, zachowując prawo dane przez Boga, szukając źródeł życia swego w Bogu, rozprzestrzeniając to życie na stworzenia niższe, wznieść się z trudem na nowo ku ośrodkowi, z którego wyszło; ale warunkiem istotnym, postawionym wówczas człowiekowi, było nie ulegać podszeptom, radom świata niższego, nie spożywać owocu ziemi, owocu z drzewa wiadomości złego i dobrego. W tej wiadomości tkwiła wszechmoc boska: Bóg nie był o nią zazdrosny; ale wiedział, że człowiek upadły nadużyje jej niezawodnie, bo to rozeznanie, jeżeli nie wzniesie się ku ośrodkowi światła, wytwarzać może tylko twory niższe, to znaczy twory złe, sataniczne. Duchy upadłe przed Adamem posiadały tajemnicę wiedzy dobrego i złego: wyobraziły sobie, że ta tajemnica wystarczała, aby stwarzać, a zatem aby zająć miejsce Boga; rozeznawszy niedostateczność swej wiedzy po wybłyśnięciu stworzenia widzialnego i pełnego rzeczywistości, zwróciły się do człowieka, posiadającego, jak widziały, siłę twórczą, której one pozbawiły się same. A gdy człowiek pierwotny był po swoim upadku rozszczepiony, duch zła zwrócił się do tej połowy człowieka, która była najbliższa natury niższej, wyobrażała instynkty zmysłowe człowieka; zwrócił się do kobiety. W poradzie kobiety człowiek usłyszał głos natury już uosobionej i wyrażającej się w słowach; usłyszał ten głos tłumaczący mu na nowo jego wszechmoc: Jeżeli - mówił głos kobiety - tę moc, jaką czerpiesz z tego samego ośrodka, skąd pochodzi siła boska, złączysz z instynktami natury powszechnej, których ja, kobieta, jestem powiernikiem, to odnajdziemy jedność zupełną, stanowić będziemy we dwoje Boga pełnego; ale na to trzeba nam się zjednoczyć z Wszechświatem, i co za tym idzie, spełnić akt ścisłego zespolenia z naturą niższą. Nie szło tu już jedynie o pragnienie spożycia owocu ziemi, pragnienie, które człowiek już był powziął przed swoim snem, lecz o zawładnięcie tym owocem, o wprowadzenie go do swego organizmu, przyswojenie go sobie, o stanie się jednym z ziemią; w taki to sposób Böhme wyjaśnia akt, którym człowiek zespolił się z drzewem wiadomości złego i dobrego.

22 listopada 1853

IV

Położenie człowieka po jego ścisłym zjednoczeniu ze światem widzialnym, poddanym wpływowi zła, stało się gorszym od położenia zwierząt: pierwiastek żywotny zwierząt dobywał się ze źródła mrocznego i chaotycznego, oświetlonego i ukształtowanego przez pierwiastek trzeci, którego siedziba mieściła się w słońcu; ten trzeci pierwiastek, według Böhmego znikomy, miał jako jedyny cel w swoim istnieniu uwidocznianie złożonych wytworów światła i ciemności. Świat widzialny ma jednak dążyć do ustanowienia się, do zjednoczenia z Bogiem: wszelkie stworzenie - mówi św. Paweł - cierpi i wzdycha do wyzwolenia od znikomości; stąd też wszelkie stworzenia świata widzialnego kierują się zbieżnie ku człowiekowi, mając nadzieję znaleźć w nim owo dopełnienie, swego Boga. Ale ponieważ człowiek, przerwawszy swe bezpośrednie związki ze światem niebieskim, przynosi na ziemię tylko iskrę, której nie ma już mocy ożywiać promieniami z góry, iskra ta, ogarnięta ciżbą duchów niższych, które ją chłoną, by się rozgrzać przy niej, zdolna już tylko słabnąć i maleć. Tak tedy świat zewnętrzny (słońce, planety) wybiega naprzeciw każdego człowieka, na ten świat przychodzącego, oddaje się mu na usługi; każdej chwili wyczekuje w tym człowieku swego Boga, tak jak ludzkość oczekuje swego Mesjasza; każdemu dziecku niesie wszystkie dary, jakimi rozporządza, siły nerwowe, mięśniowe, wiadomości, umiejętność; służy mu jako swemu władcy, dopóki przebłyska w człowieku iskra przyniesiona z wysoka. A gdy ta iskra poczyna z konieczności słabnąć, duch świata zewnętrznego opuszcza swego ulubieńca; szuka gdzie indziej oparcia; odbiera człowiekowi, któremu sprzyjał, jego moce krwiste i żółciowe, jego potęgę zwierzęcą, potem używanie zmysłów i wiedzy, jego potęgę astralną: człowiek wyróżniany wpada w przygnębienie i w małoduszność, umiera. Gdzie indziej pomówimy o śmierci zwierząt, z których według Böhmego zostają w świecie nadprzyrodzonym tylko formy; co do człowieka, zachowuje on umierając resztki swej iskry boskiej, wyszedł on bowiem, jak powiedzieliśmy, podobnie jak wszystkie istoty stworzone, ze świata chaotycznego i mrocznego; miał jednakowoż związki ze światłem boskim i posiadał wszystkie przymioty stosowne do wiązania się ze światem widzialnym, z pierwiastkiem trzecim; a kiedy po śmierci ten trzeci pierwiastek zostaje mu odjęty, to iskra jego, nie mając już łączności ze światłem, zapada w osamotnienie, a zwalczana przez siły mroczne bez możności zwyciężenia ich, wraca do chaosu, zachowując jednak pamięć swego stanu rajskiego.

Tak to duch człowieka po swym upadku stawał się znów igraszką duchów zła, czuł się duszą cierpiącą, potępioną; wszelka bowiem istota cierpi wtedy tylko, gdy się znajduje poniżej swego prawa ustrojowego: stworzenia chaotyczne i mroczne nie cierpią, o ile nie dosięgły granicy światła i nie były w stanie przyswoić sobie swobodnie cząstek światła, które im się należały; jeżeli odtrącają to światło, tę łaskę, wówczas zaczynają cierpieć: szatan zaczął cierpieć dopiero z chwilą swego buntu. Człowiek zaczął cierpieć od czasu swego upadku, a z tego cierpienia nie mógł wydobyć się inaczej, jak tylko wchodząc z powrotem w swoje prawo, po zwycięstwie nad szatanem. Siły, jakich potrzebował do tej walki, mógł po swym upadku czerpać wyłącznie z natury zewnętrznej, z trzeciego pierwiastka: powinien był zgromadzić wokół siebie wszystkie żywioły tej natury zewnętrznej, ustrzec ją od ciosów zła, utworzyć sobie z nich twierdzę, ciało nowe; że jednak poddawszy się duchom niższym nie miał już mocy panowania nad nimi, kierowania nimi, musiał nieodzownie po wyjściu ze świata zewnętrznego stać się niewolnikiem zła, szatana.

To położenie człowieka upadłego wywołało nowy akt stwórczy, nowy przejaw miłosierdzia boskiego; promień wyszły z ośrodka światła, który nigdy nie miał styczności ze światem materialnym, przebił mroczne powłoki, w jakich człowiek tkwił zamknięty, i przeniknął do jego duszy; wniósł on tam ciepło nowe, zarodki siły nowej, nadzieję przebaczenia, powrotu do Boga. Promień ten nie przestał oświecać dusz pierwszych wybrańców ludzkości; przysposabiał on na długo naprzód w duszach atmosferę czystą; ożywiał w nich to, co Böhme zowie pierwiastkiem jedynym, eterem, tynkturą, żywiołem rajskim, rajem. Pierwiastek ten, gdy doszedł do zawartości zamierzonej przez Boga, uformował substancję, z której Bóg stworzył kobietę nową, kobietę rajską, jedyną kobietę prawdziwą, przeznaczoną stać się matką Istoty świetlanej, Słowa Bożego: Marię, Matkę Boga. Jej wyjątkowe stworzenie stawiało ją cieleśnie powyżej zamachów zła; jednak jako duch musiała ona czynić wysiłki, aby się utrzymać na wysokości swego przeznaczenia; mogła była upaść, lecz pozostała wierna swemu prawu i stała się tym sposobem istotą wyjątkową, piastunem Słowa Bożego. Po czasie zamierzonym przez Boga, kiedy lud Izraela, prowadzony w drodze wyjątku przez ducha ziemi pod rozkazami Boga Ojca, osiągnął przez swe dary najwyższy stopień uduchowienia na ziemi, kobieta pobożna posłużyła za środowisko, gdzie mogła zrodzić się kobieta Boża.

Gdy wypełniły się czasy, promień boży, ten Emanuel (Bóg jest w nas), który oświecał i rozgrzewał ludzkość całą, ucieleśnił się, zjednoczył z żywiołem pierwotnym świata widzialnego, słowem, wcielił się. Najmocniejszym sposobem oddziaływania na ludzi było stać się ich bliźnim, stać się synem człowieczym; nie mógł tu wchodzić w grę inny środek oddziaływania na człowieka, jeżeli jego wolna wola miała być zachowana; gdyż wszelka istota może zjednoczyć się dobrowolnie tylko z bliźnim: Bóg przeto miał stać się bliźnim człowieka. Jezus Chrystus wyszedł ze światła boskiego, które trwa poza wszelkim dziełem stworzenia; aniołowie zarówno jak ludzie wyszli z natury mrocznej i docierają albo mogą dotrzeć na drodze wysiłków do ośrodka światła; jedyny tylko Jezus Chrystus wyszedł z samego tego ośrodka światła, zstąpił dobrowolnie w otchłanie, gdzie przebywa dusza ludzka, przyswoił sobie żywioły, pośród których ona walczyła, ukształtował sobie wpośród trzeciego pierwiastka ciało, które uduchowiając się miało upodobnić się do ciała, jakie wedle myśli Bożej człowiek pierwotny posiadać był winien. Jezus Chrystus, mimo przywdziania całkowitego człowieczeństwa, wystąpił już nie jako czynnik, ale jako władca świata zewnętrznego: w ciągu całego swego życia zachował ducha i uczucia anielskie i sprawił, że działały w ciele, dzierżącym wszechmoc nad naturą zewnętrzną; uduchowił on to ciało do tego stopnia, że mógł zstąpić do otchłani szatańskich bez żadnego nadwyrężenia go, i stwierdził tym samym wszechmoc człowieka nad całym stworzeniem.

Jezus Chrystus urzeczywistnił na ziemi ideał człowieka, poczęty w niebiosach, zdradzony przez Adama; podniósł go nawet do nowej potęgi, pozostawiając dzieciom Adama sposoby wyjścia z otchłani, w którą wpadły, jednakże pod warunkiem wzniesienia się wyżej niż Adam w raju, wzniesienia się aż do nieba. To nie przez pouczanie ani przez prawo dane człowiekowi, ani przez dzieje swych czynów spełnionych Jezus Chrystus zasilił ludzkość: przez wpływy to siły żywej, jakiej udzielił naturze zstępując w jej ośrodek, przez tchnienie wychodzące już nie z natury niewidzialnej, ale z ludzkiej piersi Człowieka-Boga, przez znaki to, które jawiły się nie w marzeniach i wizjach, ale w skinieniach Człowieka-Boga, Jezus Chrystus udzielał się uczniom swoim, ukazując im modłę życia i użyczając im równocześnie siły do naśladowania go.

Piątek, 25 listopada 1853

KONTAKT
jakub@boehme.pl